Po powrocie z ferii euforia! Schudłam do 60kg. No to nie można tego zaprzepaścić. Trzeba utrzymać ten stan, a nie ma lepszego sposobu na odchudzanie niż bieganie. Wcześniej nienawidziłam biegania. W ogóle nie bardzo lubiłam się ruszać, ale bieganie całkiem mnie odrzucało. Ale teraz miało się stać moim wybawieniem, moim biletem do szczęścia. Tak więc przestało mnie obchodzić czy jest zimno, ciemno, śnieg pada, plucha.. Nie było wymówek, codziennie wieczorem wychodziłam na krótki jogging (ok 20-30min). Ale wiadomo, ruch to nie wszystko. Zaczęłam dokładnie spisywać wszystko co trafiło w ciągu dnia do mojego żołądka. Pomidor, jabłko, jogurt... Później starałam się zmniejszyć ilość rzeczy trafiających na tą listę, a wkońcu przy produktach zaczęły pojawiać się kalorie. Po jakimś czasie nie musiałam już sprawdzać. Znałam wszystkie wartości na pamięć. Spisywałam, liczyłam, załamywałam się, obiecywałam poprawę. I dotrzymywałam słowa. To niesamowite, jak wiele radości przynosiły mi małe sukcesy w stylu "dziś zjadłam mniej o 50kcal niż wczoraj!:)" albo "dziś biegałam 10 minut dłużej!:)". Już na samym początku znalazłam blogi dziewczyn piszących o anoreksji i o własnych walkach z kilogramami. Zaczęłam oglądać zdjęcia szczupłych i chudych modelek i gwiazd, zafascynowała mnie Mary-Kate Olsen. W jakimś artykule w internecie przytoczyli wypowiedź kelnera z restauracji, w której jadała i powiedział, że zamówiła sobie pomidora, po czym pokroiła go na 6 części i miała problem z jego zjedzeniem. Byłam pełna podziwu. Postawiłam sobie za cel, że będę dążyła do tego, żeby jeść jak ona. I wiele razy moje śniadanie przed pójściem do szkoły wyglądało dokładnie, jak to opisał kelner MK.
To wszystko było takie proste i niewymuszone. Nie zdawałam sobie wtedy za nic sprawy z tego, że mogę mieć anoreksję. No jak to, ja, zawsze najgrubsza w klasie od podstawówki po liceum, ja i anoreksja? Nie pamiętam już, kiedy zaczęłam zdawać sobie sprawę. W każdym razie dużo czasu minęło, zanim to sobie tak w pełni uświadomiłam. A jak już sobie uświadomiłam to nie chciałam się z nią rozstawać. Ale tak jakoś wszystko się potoczyło, że zanim trafiłam do szpitala, sama zaczęłam jeść (po 2 latach wagi między 39-49). Naciski rodziców, straszenie psychologami, przeszywający wzrok członków dalszej rodziny, zagubienie.. Nie wytrzymalam tego wszystkiego. Dla świętego spokoju chyba zaczęłam jeść. Zrozpaczona przybywającymi kilogramami wciąż jadłam i nie potrafiłam przestać. Aż wstyd się do tego przyznać. No i w ciągu 1,5 roku waga wzrosła do 75kg, a potem do 85. Nieźle się załatwiłam. A to wszystko tak szybko się dzieje. Straciłam kontrolę, ochotę na bieganie, silną wolę. Zaprzepaściłam wszystko, na co tak ciężko pracowałam przez ponad 2 lata.
Powoli zaczęłam się podnosić z tego dna bez dna. Po drodze zaliczyłam miesiąc bulimii, bo choć nigdy wcześniej nie udało mi się sprowokować wymiotów, tym razem byłam tak zdeterminowana, że się nauczyłam. Przez cały miesiąc dzień w dzień najpierw jogging po najgorsze rzeczy, których odmawiałam sobie przez 3 lata (słodycze), a potem in & out, in & out.
Po miesiącu przestawiłam się na restrykcję. Już od miesiąca ograniczam jedzenie. Znów wyrzuciłam z diety pewne rzeczy. Znów pewnych rzeczy się boję. Przyjęłam nową strategię: staram się nie myśleć o rzeczach, których jeść mi nie wolno. Gdy o nich nie myślę, nie mam na nie ochoty. Nie pozwalam sobie mieć na nie ochoty. Jeżeli sobie na cokolwiek pozwolę, chociażby na myślenie o czymś czego nie powinnam jeść, to zaryzykuję powrót do nawyków sprzed miesiąca. Teraz czuję się silniejsza. Mam już pewną kontrolę nad tym co robię i nad tym co jem. Znów biegam. Na razie krótkie dystanse, ale mam nadzieję, że wrócę do biegania 1-1,5h, jak za moich najlepszych dni. Jedzenie już mnie tak bardzo nie kusi jak wcześniej. Znów stało się wrogiem, którego najlepiej unikać. Przede mną roztacza się świetlana przyszłość, w której widzę siebie znów ważącą poniżej 50kg. Startuję z 79-80kg. Ale wierzę że wrócę do mojej idealnej wagi. W końcu nikt mnie jeszcze z anoreksji nie wyleczył.
